Uwolnienie od poświęcenia

HenrykPewnego razu brałem udział w konkursie na pełnienie pewnej przewodniej funkcji grupowej i zostałem wybrany ku mojej wielkiej radości. Po niecałych dwóch tygodniach po jakichś warsztatach z praca nad sobą w moim umyśle zaszła nieoczekiwana zmiana. Uświadomiłem sobie, że nie wygrałem szczęśliwego losu, lecz jestem w czymś, czego wewnetrznie wcale nie chcę i staje sie to dla mnie obciążeniem. Śmiałem sie sam do siebie, jak to możliwe, że dwa tygodnie wcześniej deklarowałem publicznie pragnienie i zaszczyt pełnienia funkcji, aż tu nagle zobaczyłem wszystko w  zupełnie innym świetle i byłem pewny, że to nie jest już dłużej moje.  Wiedziałem, że muszę to zakomunikować, bo inaczej będę żył w „poświęceniu”. Ale jak to zrobić? Jak powiedziec to tym, których przekonywałem, że jestem dobrym kandydatem i że naprawdę chcę tej funkcji i że obiecuję… to i tamto, i żeby wybrali właśnie mnie.

Nie czułem się z tym najlepiej. Z jednej strony pragnąłem wyjścia z sytuacji, a z drugiej myślałem, że nie powinieniem, bo przecież obiecałem.  No cóż pozostało spróbować i poprosić o zwolnienie… Jak się spodziewałem, nie spodobało się to i nie było żadnej chęci zwolnienia mnie z funkcji. „Musisz wypełnić, to czego się podjąłeś” – usłyszałem. Wykonywałem więc swoją funkcję bez większego entuzjazmu przez kolejne 3-4 miesiace i w tym czasie przyglądałem się całej sprawie w swoim umyśle. Tak naprawdę przygotowywałem się wówczas do przebaczenia sobie idei, że muszę wykonać to, co obiecałem, że obietnica jest ważniejsza od wewnętrznej świadomości oraz przemiany, jaka się we mnie dokonała, i że „zasady” są ważniejsze od tego, co się czuję.

Jaki był stan mojego umysłu? Wierzyłem, że „muszę” wypełnić zobowiązanie, że to jest kwestia honoru i „dobrego wizerunku”. Zmagałem sie z myślami, które nie przebaczają, które nie wiedzą, co to jest przebaczenie. Te myśli znały tylko zasady i ich wypełnianie.

W końcu dojrzała we mnie świadomość, że to ja wewnętrznie skonstruowałem wszystkie zasady, według których żyję, a ludzie „na zewnatrz” jedynie mi je odzwierciedlają. Te zasady nie zostały wytworzone przez grupę, to ja je wytworzyłem już wczesniej i nosiłem je ze sobą dokądkolwiek szedłem. Wewnętrzny rygor posłuszeństwa schematom myślowym nie był narzucony z zewnątrz. Odkryłem, że to był mój wynalazek, że byłem surowy i rygorystyczny dla samego siebie. Tworzyłem zasady, które usprawiedliwiały egzystencję w poświeceniu, a więc nie w radości i wolności, lecz w stanie wewnętrznego przymusu. To odkrycie całkowicie uwolniło mnie od lęku, że to inni wymagają ode mnie tegoż poświecenia. Zobaczyłem  bowiem, że to ja sam kreuję „przymusowe” sytuacje. Uświadomiłem sobie, że to nie osób czy grup się obawiam, ale swoich własnych reguł myślowych. Obawiałem się, że te zasady myślowe nie pozwolą mi na zmianę decyzji, bo są czyjeś inne – grupy. Z chwilą ujrzenia ich jako własnych powróciło uczucie wolności.

Już nie czułem się ofiarą, zrozumiałem, że zawsze mam doskonałą wolność, że nikt nigdy mi niczego nie narzuca i nie narzuci, jeśli ja wpierw sam tego nie zrobię wewnątrz siebie. W tym momencie stało sie już dla mnie obojętne czy będę pełnił te funkcje dłużej czy nie, albowiem nauczyłem się lekcji, która uwolniła mnie od czekania na kogoś, kto mnie zwolni, uwolni, kto mi przebaczy. Znów poczułem sie wolny i jakież było moje zdziwienie, gdy jeszcze raz wspomniałem o chęci rezygnacji z pełnionej przeze mnie funkcji. Nie spotkałem się z żadnym oporem, wszyscy machnęli na to ręką, w ogóle nie było to dla nich ważne. Co więcej, inni chętnie mnie zastąpili, a ja pracowałem nadal, ale jako szeregowy uczestnik. Bardzo się cieszyłem z nauki, jaką wyniosłem z tej sytuacji. Wiedziałem już, że świat zewnętrzny nigdy nie jest przyczyną mojego odczuwania przymusu lub poświęcenia w jakiejkolwiek sytuacji, a wybaczanie sobie swoich pomyłek jest naprawdę kluczem do szczęścia.

Henryk